Warto żyć codziennie… ekstremalnie.

W piątek przed Wielkim Tygodniem, dokładnie 5 lat po pielgrzymce do Chartres wziąłem udział w Ekstremalnej Drodze Krzyżowej. Wyczyn jak to wyczyn, 41 km z Krakowa do Kalwarii w nocy, w deszczu i błocie. Zanim ruszyłem na trasę modliłem się nawet, żeby nie był to zwykły wyczyn ale forma modlitwy, głębsze przeżycie Drogi Krzyżowej. Jak się wkrótce okazało, tak właśnie się stało. Mniej więcej w połowie trasy moje kolano zaczęło dawać o sobie znać, zwłaszcza podczas schodzenia z góry. Błoto i kamienie obciążające buty zrobiły swoje. I wtedy zacząłem myśleć, że nie dam radę iść dalej, zacząłem myśleć o tym, żeby się poddać. Zwłaszcza gdy wspinaliśmy się na górę a przede mną była perspektywa stromego zejścia. Wiedziałem, że to ja wstrzymuję całą grupę. Choć odległość do celu malała i zostało ok 10 km to prędkość marszu bardzo spadła. Nic by mi jednak nie dało, gdybym odpuścił w górach, bo kto by mnie stamtąd ściągnął. Musiałem więc dojść do najbliższej drogi. Ale powiedziałem już sobie, że dalej nie idę. Jakoś dotrę sobie do Krakowa.  EDK mnie pokonała. I wtedy stał się cud.

Gdy zacząłem schodzić z góry dołączyła do mnie jakaś pani. Zdaje się, że nie brała udziału w EDK. Zaczęliśmy rozmawiać o  kapłanach, którzy podejmują różne akcje, o inicjatywach i służbie ludowi bożemu. Zanim się obejrzałem, pokonałem całe strome zejście. Ostatnie na trasie. Mało tego. Gdy po kilku minutach rozmowy pożegnaliśmy się, miałem w sobie tyle energii, że dogoniłem moją grupę. I wtedy zatrzymaliśmy się, aby przeczytać rozważanie (które miało być odczytane na szczycie góry, ale zapomnieliśmy o tym): Jezus pociesza płaczące niewiasty.

„(…) To «pocieszanie» Jezusa nie jest «głaskaniem» ani użalaniem się nad tymi płaczącymi. On motywuje, przecież jest już po drugim upadku i dalej idzie drogą krzyżową, nie zatrzymuje się. (…) Po przejechaniu 70 km moje kolana zaczęły dawać mocno o sobie znać.  Miałam ochotę się rozpłakać i wrócić autobusem do Wieliczki. I nagle pojawia się inny punkt widzenia – rozmowa z moimi towarzyszami na chwilowym odpoczynku: Już większa część drogi za nami! Możemy trochę zwolnić, na pewno dasz radę. To zupełnie nie przypominało «głaskania».”

Skwitowałem to jednym zdaniem: „Słuchajcie! Ja to właśnie przeżyłem”. Dotarłem do Kalwarii, choć na ostatnim odcinku, gdzie jeździły już busy było bardzo ciężko, bo tyle było pokus, aby już odpuścić.

Ale jak to się ma do codziennego życia? Nasze codzienne życie samo w sobie bywa ekstremalne. Wiele razy musimy przekraczać siebie by wykonać jakieś zadania w szkole, na studiach czy w pracy. Musimy przekraczać siebie by utrzymać jakieś relacje, zwłaszcza te trudne czy związek. I nie da się odpuścić, bo to nic nie da. Trzeba iść dalej. Nawet jeżeli po ludzku już się nic nie da zrobić i człowiek bezradnie rozkłada ręce to właśnie wtedy zdarzają się cuda. Takie małe, codzienne. Nagle coś się rozwiązuje, coś się udaje. Ja doświadczyłem tego już wiele razy i wiem, że to nie jest przypadek. A czy ty wierzysz?

11100091_1096771243682797_8600086991673571223_n

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s