Mój biznes, v1: “Konflikt tragiczny”

•9 Luty 2010 • 2 komentarzy

Nie wiem jak to się ma prawnie, ale trochę zszokowało mnie, jak można zarabiać w dzisiejszych czasach, w wieku dwudziestu paru lat, 900 zł miesięcznie. Popytałem trochę i okazuje się, że faktycznie z dostaniem teraz pracy, a tym bardziej dobrze płatnej posady jest nie mały kłopot. Wydaje się, że jest kilka wyjść z tego konfliktu tragicznego:
- pogodzić się ze swoim losem (my Polacy zawsze mamy źle),
- szukać, szukać, szukać…
- wyemigrować na saksy (za tym wyjściem zdaje się być jakieś 98% ludzi)
- wziąć sprawy w swoje ręce i rozkręcić jakiś biznes.

Ostatnia droga z pozoru jest najlepsza. Jest tylko pewien problem. Znów na przeszkodzie staje nasza mentalność. Pojawia się szereg pytań i obiekcji:
- „Co będzie, jeśli się nie uda?”
- „Przecież państwo i tak nas wykończy podatkami!”
- „To zbyt ryzykowne!”
- „Ja się nie znam na prowadzeniu firmy!”
- „Nie podołam temu!”

Nawet, jeżeli ktoś ma jakiś pomysł, zaraz sam lub jego «dobrzy przyjaciele» swoimi «dobrymi radami» sprowadzają go do parteru, mówiąc „To nie jest takie proste!”. Sam często muszę się z tym zmagać. Problem polega na tym, że jeżeli nie podejmiesz męskiej decyzji, jeżeli nie spróbujesz, nigdy się nie dowiesz, jaką szansę powodzenia masz. Może być to 1%, może 99%. Ale mając już rodzinę na głowie, dom i kilka kredytów do spłaty nie będziesz już tak skłonny, żeby ryzykować i coś zmieniać w swoim życiu. A to nadejdzie szybciej niż myślisz.

Jaka jest moja «dobra rada»? Nie uciekaj od problemów, weź gruby pisak i zapełnij swoją czystą kartkę, swoje życie, pięknymi rysunkami a nie tylko kreskami bez ładu i składu rysowanymi czasem od niechcenia. Pomyśl, co lubisz robić? W czym jesteś dobry? W czym są dobrzy Twoi znajomi, przyjaciele, może ktoś z rodziny? Rozwijaj się. Dużo czytaj. Nie tylko gazety, ale książki i poradniki, blogi, grupy dyskusyjne. Postaw sobie cel i pozwól, aby sposób sam Ci się ukazał. Spisuj informacje, na które natrafiasz przypadkiem – wiem z doświadczenia, że często bardzo trudno do nich na powrót dotrzeć. Pomyśl trochę, jakiego efektu końcowego oczekujesz? Jak to zorganizować? Jak to robią inne, duże firmy? Im więcej dasz z siebie wysiłku „intelektualnego” tym lepszy efekt otrzymasz. Przekonaj siebie i innych że jest to możliwe!

Dlaczego w Polsce jest tak, jak jest?

•8 Luty 2010 • 9 komentarzy

Odpowiedź wydaje się bardzo prosta. Po powrocie do kraju zauważyłem pewną zależność. Mianowicie typowe powitanie francuzów wygląda mniej więcej tak:
- Bonjour. Ca va? (dzień dobry, dobrze?)
- Salut, ca va, et toi? (witam, dobrze, a u ciebie?)
- Oui, ca va, très bon! (też dobrze, bardzo dobrze!)

Wybaczcie nieco pokraczne tłumaczenie, ale chodzi tutaj głównie o sens. Nie jest to zwykłe, smętne zapytanie „przez grzeczność”, co słychać u Ciebie. Każdy francuz wkłada w to powitanie mnóstwo emocji i uśmiechu. Nie ma opcji, żeby odpowiedzieć inaczej. Próba wybrnięcia z tej sytuacji w „polskim” stylu czyli „comme si comme sa” (pół na pół) lub dla zupełnych kamikadze „ca va pas” (źle) kończy się zalewem pytań dlaczego, co się stało, kto umarł lub ile zostało Ci jeszcze dni życia.

Podobne podejście, choć już nie tak wyraźne widać w języku angielskim:
- Hello, how are you?
- I’m fine, thanks, and you?
- I’m fine.

W hiszpańskim:
- Hola, que tal?
- Muy buen, y tu.
- Gracias, muy buen.

I w portugalskim:
- Bom dia! Como vai?
- Tudo bem, e vocę?
- Bem, obrigado!

I wielu, wielu innych. A w polskim? Spotkałem dziś w sklepie dawną znajomą. Rozmowa wyglądała tak:
- Cześć!
- Aaa, cześć….
- Co słychać?
- Eeee, stara bieda…

Mój komentarz? Nic, tylko pociąć się… Chcemy zarabiać tyle, co na zachodzie, chcemy mieć tak szerokie autostrady i dobre drużyny piłkarskie a nie potrafimy nawet powiedzieć prostego „Dobrze się czuję”, nie mówiąc już o „Kocham swoje życie”!

Czego nie wiedzą biedni…

•24 Styczeń 2010 • Dodaj komentarz

Filmik dość dobrze obrazuje problem ze zrozumieniem przez niektórych ludzi do czego służą pieniądze… Otóż niekoniecznie do wydawania – często także do zarabiania…

Co wy na to?

“Determinaty” szczęścia?

•24 Styczeń 2010 • Dodaj komentarz

Na co dzień staram się być bardzo konkretny i rzeczowy. Jednak często lubię zatrzymać na chwilę świat i trochę podumać. Czy to w metrze, w autobusie czy w poczekalni. Lubię obserwować ludzi, zastanawiać się kim są i co robią. Pytanie, które w moich myślach przewija się już od bardzo dawna (prawdopodobnie od podstawówki), wnika bardzo głęboko w nasze nawyki, zachowania i charaktery. Jak to się dzieje, że część ludzi odnosi sukces w życiu, osiąga swoje cele i cieszy się z każdego dnia, natomiast pozostali żyją ledwie z miesiąca na miesiąc, narzekając jak to źle jest na tym świecie, będąc „małym, rozgorączkowanym kłębkiem krzywd i dolegliwości, skarżącym się, że świat nie dość się poświęcił, aby ich uszczęśliwić”. Wyniki tych obserwacji, czyli swoiste „determinanty szczęścia” postanowiłem nieco usystematyzować i także wcielić je w swoje życie. Co z tego wyjdzie? Sam jestem ciekaw…

„Wyznaczaj sobie cele i konsekwentnie dąż do ich realizacji.”

Ten czynnik wydaje się być dość oczywisty. Wyobraźcie sobie, że wsiadacie na wielki statek. Ma kilka pokładów pasażerskich, kasyna, kina, baseny i co jeszcze dusza zapragnie. Świetnie się bawicie. Gdy jednak płyniecie już dość długo, okazuje się, że spróbowaliście wszystkich rozrywek, jakie były dostępne. W tym momencie spotykacie kapitana i zadajecie mu pytanie o faktyczny cel podróży i ile ona jeszcze zajmie czasu. Co poczujecie, jeżeli on odpowie, że nie ma zielonego pojęcia, dokąd płynie i ile jeszcze czasu zajmie ta podróż? W rezultacie, zmęczeni podróżą, albo trafiacie na zupełnie przypadkowy ląd albo do miejsca, z którego dawno temu wyruszyliście w podróż swego życia. Zastanówcie się, ile waszych zamierzeń udało się zrealizować, a ile z nich spaliło na panewce? 1/10? U mnie chyba jest to dużo gorszy wynik. Jednak za każdym razem, gdy podejmujemy pewien trud, uczymy się czegoś nowego. I tutaj pojawia się kolejna złota zasada:

„Porażka nie istnieje. To tylko kolejny krok naprzód, tylko mniejszy, niż to jest uznawane za zwycięstwo. Życie Cię po prostu testuje, czy jesteś godny/godna swoich marzeń.”

My ludzie mamy tendencję, do załamywania się. Próbujemy raz, a gdy nam się nie udaje, uznajemy, że jest to niemożliwe do wykonania. Ja też często mam ochotę rzucić wszystkim, stawiając grubą czerwoną kreskę i klauzulę „Niewykonalne”. Wtedy pomaga mi anegdotka o Thomasu Edisonie, który to próbował 1001 razy uruchomić nową żarówkę, aż w końcu zaświeciła. Co by było gdyby dał sobie spokój z tym projektem wcześniej?

„Myśl o efekcie końcowym. Musisz być pewien, że uda Ci się go osiągnąć. Wyciągaj wnioski, zmieniaj taktyki aż w końcu droga do sukcesu ukarze Ci się sama.”

Zasada menadżerska mówi, że ludzie sukcesu myślą o efektach a ludzie przeciętni myślą o sposobach. Nie jest to wcale wyssane z palca. Ostatnio pisałem wam, że spełniła się jedna z moich afirmacji z dzieciństwa. Zastanawiając się, ile czynników musiało odpowiednio się ustawić wcale nie dziwię się, że zajęło to tyle czasu. Wczoraj podczas rozmowy z moim ojcem doszliśmy do ciekawego wniosku. „Wznoś się i upadaj, wznoś i upadaj, ale ciągle utrzymuj tendencję wzrostową – bo upadek z małej wysokości boli mniej niż z dużej”.

„Bądź pełen pozytywnej energii, zarażaj nią innych”

Nie dąsaj się, nie denerwuj, nie „fochaj”. Co to daje? Jeszcze bardziej potęguje negatywne emocje, które w żaden sposób nie sprzyjają szczęściu. Niszcz negatywne emocje pozytywnymi – podejmij tą walkę. Gdy ktoś Cie obrazi obróć to w żart, gdy ktoś każe Ci zrobić coś na co nie masz ochoty – zaproponuj kompromis. Przyznawaj się do błędu, przepraszaj. Kochaj innych ludzi, kochaj życie i ciesz się nim.

I na koniec jeszcze słówko. Jestem wierzący i praktykujący. Mnie udało się pogodzić filozofie życia i zasady wiary dotyczące osiągnięcia szczęścia w życiu. Wbrew pozorom, one wcale nie przeczą sobie. Pamiętajmy, że nie jesteśmy najdoskonalszymi istotami na ziemi, że istnieją inne „rzeczywistości”, z którymi możemy się komunikować i być może kiedyś do nich trafimy.

Rozliczenia małe i duże…

•5 Styczeń 2010 • Dodaj komentarz

Nadszedł czas rozliczeń i jednocześnie czas rozmyślań. Podejrzewam, że mniej więcej w tym samym czasie to samo pytanie zadaje sobie 80% ludzi na świecie – „Na co wydać zarobione pieniądze?”. Duch ekonomisty nakazuje mi zesłać wszystkie pieniądze na ciężkie roboty w wielkich kuźniach, gdzie w dzień i w nocy, w pocie czoła, pieniądze wykuwają pieniądze. A co, niech one też wiedzą, ile pracy są warte. Z drugiej jednak strony pojawia się inna myśl. Kupię sobie to czy tamto, zrobię sobie prezent, rozerwę się. Oszczędzanie, inwestowanie to nudziarstwo. Zawszę jeszcze zdążę. No i sami powiedzcie, co ja mogłem na to…

Z pomocą przyszły mi dwie podstawowe zasady:
- zawsze najpierw płać sobie,
- najpierw buduj aktywa, które potem zafundują ci pasywa.

Pierwsza zasada jest w miarę prosta. Co do drugiej, w najprostszym tłumaczeniu: aktywa sprawiają, że otrzymujesz pieniądze, natomiast gdy wydajesz je na pasywa, już nigdy do Ciebie nie wrócą. Przy okazji, zastanawialiście się już, jaki jest wasz bilans?

Decyzja zapadła: najpierw odcinamy koszty życia, z tego co zostanie, ok. 75% zostanie przelane na mój plan inwestycyjny (nawiasem mówiąc, w ciągu ostatniego roku i w środku „epicentrum kryzysu” zarobił ponad 40%). Pozostała część zostanie spożytkowana na następny miesiąc, kiedy to wymienię bardzo irytującego mnie już laptopa na nieco nowszy model, aby też między innymi, móc częściej i szybciej pisać wam, świeżutkie jak bagietka, posty z dnia codziennego.

“Okno na przyszłość”

•28 Grudzień 2009 • 10 komentarzy

Właśnie wróciłem ze sklepu. Zakupiłem dwie tablice, korkową oraz magnetyczną. Złączyłem je razem i zatytułowałem „okno na przyszłość”. Na tablicy korkowej wywieszę swoje zasady i afirmacje. Tablica magnetyczna posłuży natomiast do podejmowania decyzji.

Podjęcie ważniejszych decyzji w życiu wiąże się zazwyczaj z długotrwałym analizowaniem plusów i minusów konkretnych dróg. Gdy ostatnio miałem podjąć taką decyzję, postanowiłem spisać wszystkie konsekwencje (te pozytywne i negatywne). Gdy spojrzałem na ich wykres i porównałem go z moimi zasadami, okazało się, że podjęcie decyzji wcale nie jest aż tak trudne. Teraz mam inny pomysł, bowiem stoję przed kolejną decyzją. Na tablicy magnetycznej wypiszę drogi, jakie mam do wyboru oraz ich konsekwencje. Problem polega jednak na tym, że gdy robimy to raz, efekt, jaki osiągamy uzależniony jest od naszego chwilowego nastawienia emocjonalnego. Na tablicy jednak wykres ten będzie widniał kilka dni lub nawet tygodni. Przeanalizowanie całej sytuacji jeszcze raz, spokojnie, z samego rana, gdy nasz umysł jest świerzy i wypoczęty, przynosi czasem zupełnie odmienne rezultaty.

Poznaj Sekret…

•27 Grudzień 2009 • Dodaj komentarz

Kilka dni temu spotkałem osobę o wiele bardziej „pozytywnie zakręconą” niż ja. Można powiedzieć, ze stało się to przypadkiem. Umówiliśmy się, co prawda, ale w zupełnie innym celu. Oznacza to, że siła przyciągania działa i ma się dobrze.

Podobnie, spontaniczny wypad do Wrocławia, opisany w skrócie tutaj, zaowocował powstaniem klubu, którego członkowie chcą pracować nad rozwojem osobistym. Dostrzegłem także, ze moja afirmacja z dzieciństwa spełniła się.

Te i wiele innych wydarzeń, które miały miejsce ostatnio zainspirowały mnie do szczegółowego opisania „filozofii życia”, którą się kieruję. Chciałbym jednak dopracować te posty. Z biegiem czasu dostrzegam, że ludzi myślących podobnie jest dosyć dużo. Każde takie spotkanie wiele uczy i dodaje potężnego kopniaka motywacyjnego. Aż dziwne, jak niewiele potrzeba, aby nasze życie stało się przyjemniejsze…

Na sam początek polecam jednak ten filmik. Te proste zasady już wylądowały w zeszycie, muszę je jeszcze ładnie przygotować i porozwieszać po pokoju. :)

Apropo nauki języka, dziękuję Kasi za pokazanie bardzo ciekawej drogi. Jest nią roczny wolontariat, na który składam właśnie podanie. Wkrótce napiszę o tym nieco więcej.

Diagnoza? Pacjent umiera…

•27 Grudzień 2009 • Dodaj komentarz

Odkąd pracuję, mam okazję oglądać skutki braku organizacji podczas prowadzenia projektów budowlanych. Jak w większości małych firm, panuje tutaj ogólny chaos. Spróbuję jednak jakoś poukładać to wszystko. Na początek kilka słów o samej firmie. Prowadzi kilka projektów, różnej wielkości (budowy od zera, remonty). Budowy porozrzucane są po całej aglomeracji (przejazd z jednej na drugą czasem zajmuje nawet kilka godzin). Prace prowadzi wielu pracowników o ścisłych specjalizacjach (elektrycy, hydraulicy, murarze, malarze etc.). Wydaje się, że nie da się prowadzić całego tego cyrku do celu bez konkretnego planu. Jak jednak okazuje się, są ludzie, którzy lubią tego typu „masochizm”.

Co z tego wynika?
- problem z ukończeniem robót w terminie – wystąpiła teraz, z pozoru śmieszna sytuacja, gdy właściciel na dniach chce wprowadzić się do swojego domu, w którym jednak prace są głęboko zaawansowane a okna jeszcze nie przyjechały z za granicy. Myślę, że dodatkowy komentarz jest zbędny.
- problem z nadzorem robót – często bardzo trudno ocenić wartość wykonanej przez pracowników pracy. Stąd na różnych poziomach organizacji występują, często nieuzasadnione spięcia.
- problem z zaopatrzeniem – częste braki lub spore nadmiary materiałów, brak pracowników lub sprzętu niezbędnego do rozładowania materiałów.

Obserwując całą tą sytuację stwierdziłem, że „ten okręt daleko nie dopłynie, roztrzaska się o najbliższą górę lodową”. Obym nie był złym prorokiem.

Czy można temu zapobiec?
Wszystkie te problemy można w pewien sposób rozwiązać. Armia amerykańska w czasach wojny wprowadziła w swoich fabrykach metodę PERT. Polega ona na tym, że każdy projekt dzieli się na kolejne etapy prac, do których przypisuje się czas realny (w jakim czasie powinno wykonać się daną pracę), czas pesymistyczny (jak długo to zajmie gdy wszystko pójdzie źle) oraz czas optymistyczny (ile czasu potrwa praca, gdy wszystko będzie się dobrze układać). Dodatkowo do każdego etapu przypisuje się pracowników i sprzęt – otrzymujemy w ten sposób grafiki dla pracowników oraz wykorzystania sprzętu. Możemy prosto policzyć koszty. Możemy sprawdzić, czy jesteśmy w stanie wyrobić się w terminie. Możemy zaplanować prace i dostawy nawet na kilka tygodni czy miesięcy w przód. W uproszczonej formie dobrze sprawdza się to także w małych firmach. Dlaczego większość ludzi woli utrudniać sobie życie?

Czy jesteś realny?

•12 Grudzień 2009 • Dodaj komentarz

Czasami można znaleźć w Internecie coś mądrego.

Lubisz oglądać telewizję? Ile czasu dziennie spędzasz wpatrując się w kolorowy ekran?
Zastanów się, czy przypadkiem nie dałeś złapać się w sidła ZomboTV.

Prawdą jest to, że większość ludzi porusza się tylko w strefie komfortu. Podejmując decyzje, boimy się, że okażą się błędne i poniesiemy konsekwencje. Dlatego przekładamy termin podjęcia decyzji w nadziei, że w końcu ktoś zrobi to za nas, a my będziemy „czyści”. W najgorszym przypadku idziemy za tłumem. Najczęstsze tłumaczenie:
- Dlaczego to robisz / tego nie robisz?
- Bo wszyscy to robią / nikt tego nie robi!

Freeman zadaje słuszne pytanie – czy jesteś realny? Spróbuj to udowodnić!

Poprzez globalny dostęp do Internetu, telewizji cyfrowej i telefonii komórkowej powoli wszyscy zaczynamy wyglądać jak zombi. Po powrocie do domu pierwszym urządzeniem, jakie uruchamiamy to komputer – sprawdzamy czy ktoś odwiedził nas na n-k, czy ktoś ze znajomych jest dostępny na gg, czy ktoś coś napisał, ocenił naszą fotkę. Pozbycie się telefonu komórkowego nie wchodzi w grę. Wymówek znajdziemy tysiące i jesteśmy w stanie wymienić 10 z nich szybciej niż przykazania. Tutaj ponownie pojawia się problem strefy komfortu. Po co iść do sklepu jak można zrobić zakupy przez Internet, po co wysłać list, skoro można meila lub smsa. Po co spotykać się ze znajomymi, skoro można spotkać się w wirtualnym świecie i poskilować trochę nasze postaci. Podobnie sytuacja wygląda z telewizją. Możemy spędzić cały dzień na fotelu z pilotem w ręku. Najgorsze jest to, że ten świat zaczyna zlewać się z naszą realną rzeczywistością. Nie ruszamy się sprzed komputera. Nic nam się nie chce. Przestajemy myśleć i rozwijać się. Stajemy się społeczeństwem wprost idealnym do manipulacji.

„Dziwna robota”

•12 Grudzień 2009 • Dodaj komentarz

Oglądałem właśnie na Discovery „Brudną robotę”. Mike Rows był na Alasce i pakował jachty w folię termokurczliwą na zimę. Rozmawiał na wstępie z całą ekipą i gdy zapytał, co dokładnie będą robić, gość odpowiedział: „Ja jestem tylko właścicielem firmy, nie znam się na tej robocie”, usunął się do tyłu a przebieg prac tłumaczył już jeden z pracowników. Czy jest to odpowiednie podejście? Jeżeli jesteś (lub chcesz zostać) właścicielem małej firmy, tak naprawdę powinieneś dobrze znać pracę, jaką wykonuje Twoja firma. W przeciwnym wypadku pojawia się szereg problemów. Ciężko jest oszacować ile czasu zajmie praca i czy pracownicy należycie wywiązują się ze swoich obowiązków. A co najważniejsze, trudno jest przygotować procedury, które ułatwiają pracę a nie przeszkadzają w niej. Najlepiej jest po prostu wykonywać daną pracę przez pewien czas samemu, czy to na etacie, czy na własny rachunek tak, aby dobrze poznać zarówno jej dobre i złe strony.

Co wy myślicie na ten temat i jakie inne „dziwne roboty” znacie?