Coś dla ducha i dla ciała

•2 Maj 2011 • Dodaj komentarz

“42 Trwali oni w nauce Apostołów i
we wspólnocie, w łamaniu chleba i w
modlitwach. (…) 44 Ci wszyscy, którzy
uwierzyli, przebywali razem i wszystko
mieli wspólne. (…) 46 Codziennie trwali jednomyślnie
w świątyni, a łamiąc chleb po domach,
spożywali posiłek w prostocie serca.
47 Wielbili Boga, a cały lud
odnosił się do nich życzliwie. Pan zaś
przymnażał im codziennie tych, którzy
dostępowali zbawienia”
…………………………………………………………[Dz 2, 42-47]

Prawdziwy chrześcijanin musi być mocny duchem.  Modlitwa, Eucharystia, Komunia – umacnia naszego ducha! Ale oprócz tego, ważna jest też wspólnota. Dzisiejszy świat próbuje nam wmówić, że liczy się jednostka – że liczę się tylko ja. To przepiękny cytat z Dziejów Apostolskich. Warto nad nim chwilę się zatrzymać i pomyśleć – jak mam wprowadzić go w życie. W sobie, w rodzinie, we wspólnocie, w parafii…  We wspólnocie możemy się bawić, cieszyć, tańczyć – poznawać lepiej siebie i Boga. I tą wspaniałą tajemnicę nieskończonej miłości.

Pierwsze video

•3 Kwiecień 2011 • Dodaj komentarz

Witam wszystkich po dosyć sporej przerwie. Ostatnio zaopatrzyłem się w kamerkę, stąd nowa pozycja, która pojawiła się w kategoriach. Myślę, że obrazem i dźwiękiem czasem więcej można przekazać niż samym tekstem. Oto co zmajstrowałem na samym początku.

Jak to jest z tymi bogaczami?

•29 Wrzesień 2010 • 2 komentarzy

Ostatnio wpędziłem się w dość ładny kryzys – jednak nie była to jakaś odmiana depresji, a kryzys związany z wiarą. Tak “napompowałem się” homiliami ks. Pawlukiewicza, że o mały włos, a z miejsca wstąpiłbym do seminarium lub pierwszego lepszego zakonu. Na szczęście udało mi się ochłonąć i z tego całego chaosu powoli wyłaniają się ładne i zgrabne wnioski. Mój, ledwie trzymający się kupy, budowany od dzieciństwa domek z patyczków poszedł z dymem a przez ostatnie kilka tygodni wziąłem się za kopanie fundamentów pod to, na czym będę budował i opierał swoje życie. Gotowi? No to jazda…

Czy da się połączyć wiarę i popęd do sukcesu?

Pytanie zasadnicze: jak to jest z tymi bogaczami i z ich zbawieniem? Przez kilka ostatnich niedziel przewijał się w tekstach liturgicznych ten temat, więc mamy dobry materiał aby ulepić z tego jakieś konkretne wnioski. Usłyszeliśmy między innymi przypowieści o nieuczciwym rządcy i o bogaczu który trafił do piekła a biedak do nieba oraz przestrogę proroka Amosa dla tych, którzy oszukują na cenach i wagach. Linki do tych tekstów znajdziecie na końcu postu. Doszedłem do wniosku – z pomocą Magdy, która pomogła mi zebrać myśli w konkretne zdania – że na to pytanie nie ma odpowiedzi. Nie, i koniec! A dlaczego? Bo po prostu jest źle sformułowane. Rozmawiamy tutaj o dwóch zupełnie różnych rzeczach. Możemy być bogaci i trafić do piekła ale i równie dobrze możemy prowadzić życie w stylu od pierwszego do pierwszego i w końcu też wylądować w kotle z rozgrzanym i kipiącym bólem duszy. Należałoby postawić tutaj inne pytanie: “Czy jestem na tyle dojrzały duchowo i mam na tyle mocny fundament wiary aby stawić czoła pokusom tego świata i mamony?”. Od pewnego czasu chodzi za mną pewne zdanie:

Aby osiągnąć zbawienie musimy “umrzeć dla świata”!

Część osób, którym powiedziałem to zdanie, rozumieją to na dwa sposoby:
- umrzeć fizycznie (no tak, w sumie jest to warunek zbawienia, ale nie o to chodzi),
- zostać pustelnikiem i żyć o tym co się zbierze i upoluje (też jest to jakieś wyjście),
albo po prostu zmieniają temat lub pytają, czy ze mną aby na pewno wszystko okej…

Tymczasem, chrześcijaństwo – a więc nasz Bóg – zachęca nas do tego aby pragnąć, aby marzyć i dążyć do realizacji naszych marzeń. Ale uwaga! “Umrzeć dla świata” oznacza, że mamy wycofać się z ludzkich, niezdrowych popędów i konkurencji. Przykładowo: świat próbuje nam wmówić, że homoseksualizm jest alternatywą dla heteroseksualnych związków, że każdy normalny człowiek odwiedza raz w tygodniu burdel, że pieniądze dadzą Ci wszystko, czego zapragniesz, że Twój szef niszcząc Twoją psychikę robi to dla Twojego zdrowia, że polowanie na laski to nowy sport olimpijski itd, itp, etc… Przykłady można by mnożyć w nieskończoność, wystarczy otworzyć jakiś portal czy gazetę dla młodych. A Bóg mówi nam inaczej: “skończ z tym wszystkim, odetnij się od tego i skup na tym, co jest najważniejsze w życiu – na zbawieniu. Rozwiń w sobie miłość do drugiego człowieka, naucz głębokiej modlitwy, bądź wierny swojemu powołaniu, 10 przykazaniom i nowemu przykazaniu oraz bądź gotowy w każdej chwili rzucić wszystko, wziąć swój krzyż i iść za mną.” Pamiętacie przypowieść o bogatym młodzieńcu, który zapytał Jezusa co ma czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Usłyszał, że ma rozdać wszystko i iść za Jezusem – a jako że posiadał wiele, odwrócił się i odszedł. A więc doszedłem do jasnego wniosku:

Nie bój się pragnąć!

Jak przekłada się to na nasze dzisiejsze życie? Chcesz mieć dużą, dochodową firmę? Nie ma problemu, jednak jeśli oprzesz ją na kłamstwach i oszustwach skończysz w piekle. Pamiętaj też, że musisz być gotowy, aby gdy usłyszysz słowa Jezusa “chodź za mną” rzucić to wszystko… Wydaje mi się, że wiąże się to z kolejną pokusą świata – im więcej posiadasz, tym trudniej się od tego uwolnić. Mój proboszcz jest tego bardzo dobrym przykładem. Kiedyś grał zawodowo w hokej na lodzie i sport był dla niego wszystkim, osiągnął wiele, łącznie ze skopaniem tyłków ZSRR na międzynarodowej olimpiadzie w  latach 70. Ale był w stanie poświęcić to wszystko, aby podążyć za Chrystusem.

Czytania: 19 września – XXV niedziela zwykła
Czytania: 26 września – XXVI niedziela zwykła

Rozwój duchowy

•22 Wrzesień 2010 • Dodaj komentarz

W którymś z poprzednich postów wspomniałem, że w życiu poszukuję równowagi pomiędzy moją religią, czyli fundamentami i zasadami chrześcijaństwa a popędem do sukcesu i bogactwa w życiu doczesnym. Wydawałoby się, że są to dwa antagonizmy. Przecież słyszymy w kościele, że biedni i bezdomni będą błogosławieni a bogacze z niczym odprawieni. Jednak analizując głębiej istotę wiary, sprawa nie jest już tak oczywista. Obiecałem Wam publikować wszystko to, co odkryję. Jednak aż do dziś nie dotrzymałem tej obietnicy. Czas to zmienić! Nie od jutra, ale dzisiaj! Zapinamy pasy i ruszamy w podróż po naszych duszach, nawigując wedle nowej kategorii na blogu – “Rozwój duchowy”.

Od dłuższego czasu spotykam naprawdę wspaniałych ludzi, niektórzy dosłownie pojawiają się w chwilach kryzysu, by dodać mi niesamowitego kopa i natychmiast zniknąć. Inni znów wyjaśniają mi pewne sprawy, nurtujące mnie pytania czy obawy. Dużo się nauczyłem. Dużo zmieniłem w swoim życiu wewnętrznym. Choć wiem, że wiele, wiele jeszcze pracy mnie czeka i nikt nie obiecuje że będzie lekko. Wręcz przeciwnie. Muszę przygotować się na płacz, zgrzytanie zębów, potoki krwi i potu. Bo w ten sposób rozwija się swoje wnętrze. Ale wiem, że z pomocą Boga, z pomocą moich najbliższych i ludzi, którzy są dla mnie jak sensej dla swego ucznia, dam radę i w końcu końców osiągnę mój nowy, główny, dopiero od niedawna świadomy cel – zbawienie do życia wiecznego.

Chciałbym Wam to wszystko opowiedzieć, ale nie wiem jak – chociaż długo nad tym myślałem. Co najważniejsze, chrześcijaństwo nie jest religią poznania i zasad a religią dotknięcia i miłości. Przykładowo jak opisać wam uczucie, jakie ogarnęło mnie w ubiegłą niedzielę, gdy po wieczornej mszy i wspólnym śpiewie z grupą Oratorio, usiadłem na chwilę w ławce cichego i przygaszonego już kościoła, aby poważnie porozmawiać z Panem Bogiem. Jedyne co nasuwa mi się na myśl to porównanie do głębokiego stanu relaksu. Mogę Wam pisać, że było mi tak miło, że nie chciałem tego przerywać itd, ale jeśli, drogi czytelniku, nie doświadczyłeś tego nigdy – ciężko będzie Ci to zrozumieć. Ponadto u każdego z nas proces “formowania” wiary przebiega zupełnie inaczej. Każdy z nas ma inne wspomnienia z dzieciństwa, różne nawyki fizyczne i myślowe, inne priorytety i przebywa w innym otoczeniu – choć wyglądem jesteśmy do siebie zbliżeni, nasze dusze odległe są o całe wszechświaty. Dlatego to dotykania tej metafizycznej rzeczywistości i odczuwania miłości doświadczamy w różnym stopniu (i odmianach).

Na dzisiaj wystarczy. Ze spraw organizacyjnych chciałem was poinformować, że postanawiam regularnie publikować posty z częstotliwością jednego (lub dwóch – jeżeli siły pozwolą) w tygodniu. Spodziewajcie się nowości w każdą niedzielę wieczorem. Drugi post publikować będę w środę wieczorem. Zapraszam serdecznie do obserwowania mojego blipa – tam dostaniecie najświeższe informacje o mnie i moim blogu.

Powrót po sezonie urlopowym

•23 Sierpień 2010 • 1 komentarz

Witam serdecznie wszystkich zagorzałych czytelników. Wybaczcie przerwę jaką zrobiłem sobie od “postowania” ale musiałem zrobić sobie wolne, odpocząć, poukładać swoje myśli tylko po to aby wrócić ze zdwojoną siłą i motywacją. Postaram się przygotować plan postów aby nieco usystematyzować mojego bloga, ponieważ już dość sporo postów się uzbierało. To tyle jeśli chodzi o “ogłoszenia parafialne”, moi drodzy. Co chciałem dziś wam przekazać. Ujmę to może w postaci kilku tez, niezwłocznie je rozwijając. Gotowi? No to “pędzim na Będzim”… :)

Wyplatanie się z systemu nigdy nie jest do końca możliwe.
Wytrwali czytelnicy pamiętają może jeden z pierwszych postów, w których definiowałem czym dla mnie jest “wyścig szczurów” i “system”. Jeżeli chcecie odświeżyć go sobie, zapraszam tutaj. Gdy to pisałem grubo ponad rok temu byłem jeszcze młody i głupi. A co najważniejsze pisałem to jakby w afekcie, obserwując swoje otoczenie, obserwując ten dziki bieg nieco ambitniejszych o najlepsze miejsce na sali wykładowej UJ. Dziś jestem już nieco mądrzejszy. W ciągu tego roku wydarzyło się naprawdę mnóstwo rzeczy, wiele się nauczyłem i wiele przeszedłem. Teraz nie patrzę już na to przez swoje zwierciadło. Nie jestem tak krytyczny. Dlaczego? A no dlatego, że praktycznie przez ten rok, sam pracowałem na etacie. Wielokrotnie dopadał mnie pewien syndrom, nazywany prze zemnie “chorobą etatową”, którego objawy są doskonale widoczne, natomiast nie leczony, może wyrządzić spustoszenie w naszym życiu. Jeżeli, po zakończeniu pracy i powrocie do domu, nie macie ochoty ani motywacji na nic innego, jak tylko piwo i serial w telewizji to znaczy, że jest już źle. Jeżeli weekend spędzacie z piwem przed telewizorem, zapewne jest dla was już za późno… Ale nie przejmujcie się, jak to mawiają lekarze, nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej.

Ważny jest tok myślenia. Nie wolno rezygnować z marzeń ale ciągle dążyć do ich realizacji.
Załóżmy więc że praca na etacie jest dobra. Wiem, wiem, ze w tym momencie zaprzeczam wszelkim swoim poprzednim postom. Zanim jednak zaczniecie wyzywać mnie od szarlatanów i oszustów, pozwólcie, że po dokończę swoją tezę. Praca na etacie jest dobra pod dwoma warunkami, które to muszą zostać spełnione. Obowiązkowo. Obydwa! Mianowicie, nigdy nie rezygnujcie ze swoich marzeń. Ileż to razy słyszeliśmy “A, kiedyś chciałem zostać muzykiem, w podstawówce grałem pięknie na flecie, ale potem jakoś to umarło”. I co teraz? Szkoła się skończyła, zostałeś rzucony w sam środek oceanu zwanego rynkiem pracy, pełnego żarłocznych rekinów i naiwnych płotek. Co teraz porabiasz? Harujesz na budowie, jak ja? Czy może skończyłeś na przysłowiowym już chyba “zmywaku na wyspach”. Dobrze. Dobrze że to robisz. Nic tak nie hartuje i nie zmienia człowieka, jak ciężka praca. Jednak w imię czego to robisz? Bo rodzice Ci kazali? Bo tak wypada? Bo nie masz nic innego do roboty?

Pracuj, żyj ale i odkładaj, aby zrealizować swoje marzenie.
Zdradzę Ci teraz, drogi czytelniku, pewien sekret. Dlaczego prawie od roku tłukę się po budowach gdzieś z dala od ojczyzny. Ponieważ mój projekt, który ponad 2 lata temu został szczegółowo opisany a tak naprawdę powstawał i dorastał w mojej głowie gdzieś w okolicach gimnazjum, potrzebuje zasilenia gotówką. Dlatego pracuje po to, aby zrealizować w końcu swoje marzenie. To jest właśnie drugi warunek. Mam już cel, mam już grafik – potrzebuję tylko siły napędowej. A tobie ile zostaje po miesiącu z wypłaty?

Należy tutaj jeszcze zwrócić uwagę na jedną kwestię, jaką jest poziom zarobków w Polsce. Czy jest aż tak źle ze znalezieniem dobrze płatnej pracy – nie wiem, sam nie szukałem zbyt wiele w kraju, wiem za to jak marne grosze zarabiają niektórzy moi znajomi. To słówko do was… Nigdy, ale to przenigdy nie rezygnujcie ze swoich marzeń. Nie osiadajcie na laurach, bo “znalazłem w końcu pracę, co prawda z min socjalnym, ale jest i jestem happy…”. Stawiajcie sobie cele, myślcie o tym, co chcecie osiągnąć – szukajcie, ciągle szukajcie. Jeżeli macie w kimś oparcie to super, motywujcie się wzajemnie, prześcigajcie w szukaniu lepszej pracy na lepszych warunkach. I co najważniejsze, zawsze myślcie pozytywnie – wstawajcie z łóżka z uśmiechem na ustach. Wiem, że się da, bo sam nad tym pracuje. Będzie lepiej…

Pamiętaj, że życie składa się z samych wypadkowych.
Kto z was choć trochę uważał w szkole na lekcjach matematyki wie zapewne czym jest wypadkowa. Ja szczerze mówiąc nigdy nie uważałem, a wiem – wiec nie jest z tym, tak źle. Jakie skutki wnosi to do naszego życia? Nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć, co stanie się jutro. Jeżeli jesteś uczniem czy studentem, menadżerem lub pracownikiem w dobrze zorganizowanej firmie jesteś zapewne w stanie w przybliżeniu przewidzieć co się stanie w przeciągu tygodnia. Czy jednak dłuższa perspektywa nadal jest tak oczywista i klarowna? Zupełnym wyzwaniem jest już zaplanowanie najbliższego roku, a co dopiero okresu 5-cio letniego, jak ma to miejsce podczas pisania biznesplanu. Co jednak udało mi się zaobserwować? Mój projekt, jakiś miesiąc temu powrócił do pierwotnej wersji, sprzed ponad roku. Wtedy pomysł na biznes miał mniej więcej strukturę greckiej świątyni: solidny dach (będący zarówno motorem napędowym jak i głównym elementem) podtrzymywany był przez 3 kolumny (czyli działalności dostarczających finansujących samych siebie i przesyłających nadmiar gotówki do głównego elementu). Niedługo po tym wykruszyła się jedna kolumna, a w chwilę po niej druga. Jedna rozpadła się bezpowrotnie, natomiast miesiąc czy dwa temu, okazało się, że jednak istnieje możliwość oby odbudować drugą kolumnę. Być może stało się tak dlatego, że moje życie ciągle kręci się wokół tego 3-kolumnowego projektu i zapewne już podświadomie wyszukuję możliwości do jego zbudowania. Nigdy więc nie rezygnujcie – nawet gdy wszystko idzie zupełnie nie po waszej myśli i totalnie się wali – myślcie ciągle o efekcie końcowym, o tym, czego naprawdę pragniecie.

Dość. Basta! Wystarczy na dziś, co prawda mam jeszcze kilka myśli do przekazania wam, ale to już następnym razem. Zapraszam do komentowania, oczekuję feedbacku i spojrzenia na te sprawy waszymi oczami, bowiem nie jest możliwe, abym był zupełnie obiektywny. Zresztą nawet nie o to chodzi na moim blogu. Chętnie podyskutuję z wami na ten temat.

Zapraszam też na konto mojego blogu na portalach nasza-klasa.pl oraz facebook.pl. Wysyłajcie zaproszenia, polecajcie znajomym, chętnie was poznam. Porozmawiajmy twarzą w twarz, a jeśli będzie nas więcej może uda się zorganizować jakieś spotkania czy ciekawe akcje…

Problemów cały worek

•12 Czerwiec 2010 • Dodaj komentarz

Często spotykam osoby, które mają niezwykłą zdolność mnożenia sobie problemów. Chodzi tutaj tylko o psychiczne podejście do niektórych spraw. Zamiast zająć się spokojnie swoim zadaniem i wykonać je jak najlepiej, jak najprzyjemniej – narzekają, że przeszkadza im to albo tamto. Jeszcze gorzej mają osoby, które z góry zakładają, że nie poradzą sobie z tym zadaniem, albo odczuwają silny stres. Martwienie się – spadek, który otrzymaliśmy od naszych praprzodków, a po przyjęciu go okazało się, że jest więcej długów niż pozytywów.

Jak to działa? Skupiamy naszą uwagę na pewnej sytuacji, która nas czeka. Nasz świadomy rozum przyjmuje do wiadomości, że  jest to naprawdę ważne. Zaczynamy się martwić, czyli nasz umysł zaczyna analizować, co się stanie “jeśli się nam nie uda”. Jest to naturalna reakcja, która pozostała w nas jeszcze z czasów, kiedy musieliśmy walczyć o ogień. Jednak dziś, w dobie komputerów i podróży na księżyc, to psychiczne nastawienie organizmu na przewidywane niebezpieczeństwo nie sprawdza się już tak, jak kiedyś. Przypomnijcie sobie najbardziej stresującą sytuację w waszym życiu. Jako przykład weźmy maturę. Jak w psychice wygląda ten egzamin?

1. Rodzice, przyjaciele, znajomi wmawiają nam już od najmniejszych lat, że jest to “najważniejszy egzamin w naszym życiu” i od niego wiele zależy.
2. Nasz umysł przyswaja sobie tą informację przez długie lata, aż w końcu koduje sobie ją jako “pewniak” – tak na pewno jest, skoro wszyscy to powtarzają.
3. Gdy zbliża się nasz wielki dzień matury, nasze otoczenie dolewa oliwy do ognia, powtarzając nam w kółko “nie martw się”, co nasz umysł interpretuje jako “martw się”.
Zaraz przed maturą, nasz umysł zaczyna przygotowywać nas na poradzenie sobie z niebezpieczeństwem – w tym przypadku nie chodzi o walkę z niedźwiedziem, ale o zapełnienie pismem kilku kartek papieru. Jednak on o tym nie wie. Procedura przygotowania nas na niebezpieczeństwo jest taka sama. Jaki jest efekt? Nie potrafimy myśleć o niczym innym. Ba, często nawet nie potrafimy się skupić na zadaniach, które wymagają dużego obciążenia psychicznego, bo nasz umysł jest zajęty analizą skutków. W głowie pojawiają się nam kolejne obrazy, na których widzimy siebie bez matury, widzimy, że nie dostajemy się na studia, nie dostajemy pracy…

Ale jest jeszcze jedna sprawa związana z martwieniem się. Im dłużej się martwimy, tym jest bardziej pewne, że popełnimy w końcu jakiś błąd. Żeby nie było, że jestem gołosłowny, stwierdzenie to jest poparte badaniami przeprowadzonymi na słuchaczach kursów na kontrolerów lotów, gdzie prawdopodobieństwo że zawiodą osoby, które odczuwają ustawiczny niepokój, jest dużo większe, niż w przypadku osób spokojnych. Bardziej przyziemnie, wystarczy spojrzeć na praktyczny egzamin na prawo jazdy – im bliżej końca egzaminu, tym bardziej prawdopodobne, że nasza psychika nie wytrzyma i popełnimy jakiś błąd. Jak ja poradziłem sobie z tym problemem? Dzień przed egzaminem, wieczorem jeździłem sobie na placu manewrowym. Wszystko oczywiście wychodziło elegancko. Na egzaminie, gdy usiadłem za kierownicą, zacząłem usilnie myśleć, że jest to zwykła jazda na placu manewrowym, tak jak poprzedniego dnia, nie mająca żadnych konsekwencji. Efekt? Faktycznie przestałem się przejmować. Stres pojawił się dopiero pod koniec jazdy po mieście, gdy pojawiły się myśli, typu: “Egzamin zbliża się do końca, żebym tylko teraz nie popełnił jakiegoś błędu.”

Trochę pozytywnych emocji…

•3 Czerwiec 2010 • Dodaj komentarz

Poprzedni post pisałem tak naprawdę na początku tygodnia, wtedy faktycznie dopadł mnie mały dołek. Ale to się zdarza każdemu, ważne, żeby nie popadać w zbyt melancholijny stan i wziąć się do roboty. Dzisiaj, słoneczko pięknie świeci, ptaszki śpiewają a mnie zupełnie zalały pozytywne emocje. Zamiast piwa, przypomniałem sobie gdzie w domu schowany jest blender. Mój przepis na dziś: kilka mandarynek, jedno jabłko, jeden pomarańcz i 2 setki Litchi (20% likier o smaku, oczywiście, litchi). Podawać mocno schłodzone.

Ciągle zarzucam sobie, że nie daję z siebie wszystkiego. Codzienna praca załatwia jedno zadanie, czyli zbieranie funduszy. Jeżeli chodzi o naukę języka, jak na razie ograniczam się do tego, czego nauczę się w praniu (raczej wszędzie się dogaduje – nie wiem jak to jest możliwe, skoro mój zasób słownictwa liczy, nie przesadzając, może jakieś 100 słówek). Zaraz po napisaniu posta biorę się za naukę kolejnych, zobaczymy jak wyjdzie to w kolejnych dniach. Po co jeszcze ja tutaj siedzę? Zdobycie nowych kontaktów, tak, networking jest bardzo trudny, jeśli nie można porozumieć się z drugą osobą. Wiec ten punkt praktycznie nie jest realizowany. To chyba tyle…

Wczoraj natknąłem się na gostka, który prowadzi “tabelkę motywacyjną”, o dziwo on-line. W wierszach zadania jakich się podejmuje (znalazły się też takie jak “dokładne mycie zębów”), w kolumnach zaś umieścił dni miesiąca. Fajnie wiedzieć, kiedy nie umył zębów. :) Muszę też chyba zastosować coś takiego u siebie, później ją naszkicuję. Najpierw francuski, potem rozpalić grilla – potem nie wiem co się stanie, wiem za to, że rano muszę wstać do pracy, więc wielkiego szaleństwa nie będzie.

Kryzysy małe i duże

•3 Czerwiec 2010 • 1 komentarz

Witam po dłuższej przerwie. Otóż pewnego czasu dopadła mnie niemoc twórcza. Totalny brak motywacji. Może jest to spowodowane zmęczeniem, bo po całym dniu w pracy i w korkach myślę już tylko o tym, żeby napić się piwka i czym prędzej wdrapać się do mojego łóżka (które zamontowałem sobie pod sufitem:) ). Być może doskwiera brak osób w moim otoczeniu, które nadają na tych samych falach.

Jadę do domu, słucham dynamicznej muzyki, wciskam gaz, przepycham się w niekończących się korkach i czuję się dobrze. W głowie pojawia się pełno pomysłów, pełno zadań.  Czuję że mogę zrobić wszystko. Wchodzę do domu, siadam przy komputerze, uruchamiam program i… wszystko przechodzi. Włącza się program lenia. Tak, po prostu mi się nie chce. I co dziwniejsze, to doprowadza mnie do szału. Zaczynam tłumaczyć sobie, że nie dam rady, że ten projekt jest dla mnie zbyt ciężki, zbyt skomplikowany. I zaraz jestem przybity. Jednym słowem dopadł mnie poważny kryzys. Dziś z pomocą przyszedł do mnie ks. Pawlukiewicz (pełne nagranie z konferencji “Chcieć to móc” podlinkowałem na samym dole).

My, oczywiście, kiedy przezywamy kryzys, to chcemy z niego wyjść, bo to boli, bo człowiek się czuje tak paskudnie, ma takiego doła. Ale uważajcie, bo kryzysy są po to, żeby je przeżyć do końca. Kiedy ja bylem księdzem, takim bardzo młodziutkim, to przychodzili do mnie ludzie i mówili “Proszę księdza, bo ja mam kryzys”, to ja mówiłem “Słuchaj, ja cię zaraz z tego kryzysu wyciągnę, weź módl się, różaniec odprawiaj, pościj. Nie łam się, wszystko jest w porządku, zobacz, słońce świeci”. A potem ktoś mi powiedział “A skąd ty wiesz, że ten człowiek nie miał przeżyć tego kryzysu? I przez ten kryzys pozna prawdę o sobie.” Pamiętajcie, że jak pociąg jedzie w tunelu, to się z niego nie wysiada. Niech nigdy nikt z was nie próbuje wysiadać z pociągu kiedy jedzie w tunelu. Pociąg musi przejechać przez tunel. Człowiek musi czasem przejechać przez trudną sytuację, przez kryzys. My koniecznie… jak mam kryzys, ktoś powie: “A wypiję sobie piwko, dwa, to mi przejdzie. wezmę sobie jakąś pigułkę, prozak, jakąś depresyjną, to mi przejdzie. Zadzwonię do kumpeli, dziewczyny mają na kryzysy różne sposoby. Pójdę do Horteksa, jak sobie walnę podwójną ambrozję to mi zaraz kryzys przejdzie, prawda, film sobie jakiś obejrzę”. Otóż ostrożnie! Kryzys można znieczulić, kiedy już jest tak nieznośnie bolesny, ale on może nam coś powiedzieć o tych [naszych] pragnieniach.

Polecam zarezerwowanie sobie ok 80 minut, tak aby nikt nam nie przeszkadzał, abyście mogli w spokoju obejrzeć całość. Powyższy cytat jest wyrwany z kontekstu, a naprawdę ks. Pawlukiewicza warto posłuchać (nawet jeśli jesteś niewierzący też znajdziesz coś dla siebie). Zwłaszcza spodobały mi się fragmenty o “dziewczynach z grup religijnych i ich peryskopach” oraz o tym, że najgorsze co nas może w życiu spotkać to “stagnacja bez marzeń”.

Część 1 | Część 2 | Część 3 | Część 4 | Część 5 | Część 6 | Część 7 | Część 8

Napięty grafik a ostrzenie piły

•18 Kwiecień 2010 • Dodaj komentarz

Masz bardzo napięty grafik, ale co tam, stoisz właśnie u stóp przepięknego i bardzo starego lasu. – Wejdę sobie na chwilę – myślisz – może znajdę jakiegoś grzybka. Nagle widzisz drwala, który mozolnie, w pocie czoła, ręczną pilą ścina wielkie drzewo. Przyglądasz mu się chwilę, widzisz, że staruszek już ledwie zipie, więc zagadujesz – może Pan usiądzie na chwilę i zaostrzy piłę. Na co drwal nie przerywając cięcia odwraca się w Twoją stronę i z grymasem na twarzy mówi – Nie mam czasu, muszę ściąć to drzewo. Rozmowa trochę się nie klei, więc nie będziesz dłużej przeszkadzać mu w pracy. Idąc dalej, zaczynasz myśleć, czy przypadkiem nie zachowujesz się tak samo jak ów drwal. Czy Twoja piła nadal jest ostra i tnie drzewo z maksymalną siłą? Czy Ty masz jeszcze siłę aby dać z siebie maksimum swoich możliwości? Pośród zgiełku dzisiejszej miejskiej dziczy, pośród zabiegania, wiecznych terminów i problemów zatrzymaj się na chwilę. Niech reszta społeczeństwa biegnie sobie dalej, jeśli chce. Ale Ty usiądź i pomyśl, zobacz jak piękny jest świat. Gdy stoisz w korku spójrz w niebo, zobacz w jak piękne wzory układają się chmury. Wracasz po zmroku do domu, spójrz z innej perspektywy na starą uliczkę, którą przechodzisz codziennie już od 15 lat. Wyobraź sobie, jak wyglądała ona 100 czy 200 lat temu. Dostrzegaj piękno wokół siebie.

Istnieje w polskich górach taka mała miejscowość, w której wychowałem się. Gdy stałem przed wykonaniem dość trudnego zadania, wymagającego np. mnóstwo kreatywności czy też bardzo złożonego, często wychodziłem na zbocze jednej z gór, skąd miałem doskonały widok na całą miejscowość, pobliskie góry oraz tatry. Dodatkowym atutem jest to, że nikt nie raczył mi przeszkadzać. Uzbrojony bylem tylko w notatnik i długopis. Leżałem na trawie wpatrzony w krajobraz. W takich warunkach przychodzą do głowy najbardziej genialne myśli i najprostsze rozwiązania. Gdziekolwiek teraz dłużej przebywam, zawsze najpierw szukam takiego miejsca, mojego «sacrum». W Paryżu jest to miejsce, skąd mogę obserwować lądujące i startujące samoloty na lotnisku CDG lub ławeczka pod placem Trocadéro, tuż u stóp wierzy Eiffla (wiem, że to bardzo zatłoczone miejsce, ale jakoś umiem się wyłączyć na cały ten zgiełk panujący wokół).

Nasze ostrzenie piły powinno przebiegać w 4 płaszczyznach: fizycznej, umysłowej, społeczno-emocjonalnej i duchowej.

Jest to tak ważne, że tworząc swój grafik powinieneś przeznaczyć odpowiednią ilość czasu, aby zadbać o każdy z tych czterech elementów.

O zarządzaniu czasem słów kilka

•17 Kwiecień 2010 • Dodaj komentarz

Czy to prowadzimy swój biznes, pracujemy na etacie czy uczymy się, większość z nas boryka się z tym samym problemem: ” Nie mam na nic czasu, tyle obowiązków, tyle zadań, nie wyrabiam się!” Faktycznie, umiejętność efektywnego zarządzania swoim czasem jest tak ważna w naszym, coraz szybszym społeczeństwie, jak umiejętność czytania czy obsługi komputera. Zanim jednak zaczniemy wprowadzać w nasze życie istną rewolucję, pamiętajmy o tym, że nasze życie składa się z samych wypadkowych. Często bardzo trudno przewidzieć nam ile dokładnie czasu zajmie to konkretne zadanie, ile czasu będziemy jechać na spotkanie oraz czy w ostatniej chwili nie wyskoczy nam coś bardzo pilnego. Właśnie w pewnym momencie zauważyłem, że wszystkie swoje plany bez większego wysiłku obracałem w proch poprzez ich zmianę w ostatniej chwili. Czy to jakiś nieplanowany wyjazd czy choćby wypad z kumplami na piwo. Zostawiałem swoje “ważne” zadania, w ich miejsce wpychając te “mniej ważne” lub “bardziej przyjemne”. Choć dziś lubię działać impulsywnie, gdy zaplanuję sobie pewne zadanie i oznaczę je jako “ważne”, wiem że muszę je wykonać żeby być z siebie zadowolonym. Bardzo przydaje się tutaj zasada “kolejności wpisu”. Jeśli 2 tygodnie temu umówiłem się z kimś na spotkanie, a w tym tygodniu ktoś inny próbuje się wcisnąć na ten termin, słyszy krótkie “Sorry, ale wtedy jestem już bardzo zajęty”. Niestety spotykam się też z tym, że niektórzy ludzie nie są w stanie tego do końca zaakceptować.

Jako że lubię mieszać, wziąłem kilka technik efektywnego zarządzania czasem, wrzuciłem je do jednego kotła i wyszła dość dobra zupa. Pierwszym składnikiem jest tzw. kwadrat Eisenhowera. Musimy uświadomić sobie, że nasze «sprawy» czy «zadania» możemy podzielić zarówno na ważne jak i nie ważne oraz na pilne i nie pilne.

Kwadrat Eisenhowera

Jednak tutaj pojawia się pytanie: jak odróżnić je od siebie?  W przypadku spraw pilnych i niepilnych sprawa jest stosunkowo prosta, ponieważ wystarczy sprawdzić termin realizacji konkretnego zadania. Jeśli upływa on, np. za 3 minuty, to tak, sprawa jest pilna i to nawet bardzo. Jeśli nie ma terminu lub jest on odległy – wiadomo, możemy zostawić sobie ją na później, a teraz zająć się czymś przyjemniejszym. NIE! Wykonaj ją teraz, skreśl z listy aby już dłużej Cię nie męczyła. Sprawy, które odkładamy w nieskończoność staną się w końcu dla nas źródłem niepokoju, stresu czy zmartwienia. Pozbywajmy się ich więc jak najszybciej.

Nieco większy problem jest z odróżnieniem spraw ważnych od tych mniej ważnych. Proponuję tutaj takie podejście. Weź kartkę i długopis. Już? Okej, wypisz na niej maksymalnie 6 ról, jakie masz do spełnienia w perspektywie, powiedzmy, jednego tygodnia. Otóż tak, każdego dnia, każdy z nas gra w niekończącej się telenoweli do której scenariusz pisze życie. Może jesteś mężem lub żoną, może ojcem lub synem, może masz dziewczynę czy chłopaka, jesteś katolikiem, sportowcem, studentem lub uczniem. Prowadzisz własny biznes lub pracujesz na etacie. Jeśli już wypisałeś swoje role, do każdej z nich przypisz maksymalnie 3 konkretne cele (co chcesz osiągnąć, w jakim terminie i w jaki sposób to zmierzysz). Oto przykład:

Zapamiętaj sobie teraz, że tylko te sprawy, które tyczą się bezpośrednio wypisanych ról i celów są ważne. Tylko te, dzięki którym polepszysz swoje relacje z rodziną czy przyjaciółmi. Tylko te zadania, które przyniosą Ci największą wartość dodaną (najwięcej się nauczysz, najwięcej zarobisz, zbierzesz dużo doświadczenia). Wszystkie inne sprawy są dla Ciebie mniej ważne lub nawet wcale nie powinieneś zaprzątać sobie nimi głowy, drogi czytelniku. Aby nie przedłużać, tym pozytywnym akcentem zakończę pierwszą część dotyczącą zarządzania czasem (lub “sobą w czasie” – jak to niektórzy zwykli mawiać).

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.